Krajobraz po zdradzie



On zdradził ją. Albo ona jemu nie dochowała wierności. I jak teraz dalej żyć? Co robić? Rozstać się czy jeszcze ratować związek? I czy zawsze winna jest osoba, która zdradziła? Z psycholog Justyną Dąbrowską rozmawia Ilona Szajkowska


Zdrada to jedno z najboleśniejszych doświadczeń. Ciężko się po niej pozbierać. Często jest przyczyną rozpadu związku. Dlaczego tak trudno się nam z nią pogodzić? Dlaczego czujemy się tak boleśnie zranieni, gdy ktoś bliski nas zdradzi? I dlaczego tak bardzo jesteśmy na to powszechne zjawisko nieprzygotowani?
Kiedy dowiadujemy się, że ktoś najbliższy, kto nam obiecywał wierność, do kogo mieliśmy zaufanie – nas zdradził, destabilizacji ulega porządek naszego wewnętrznego świata, czasami niemal całego. Musimy zweryfikować założenia, na których zbudowaliśmy związek, obraz tej drugiej osoby, własną tożsamość. Na co dzień kierujemy się w życiu pewnymi mapami – wiemy mniej więcej, jak jest, na czym stoimy, kim jesteśmy. A tu nagle tę mapę trzeba narysować od nowa. To budzi bardzo silne uczucia – wściekłość, żal, czasami paniczny lęk. Zdrada – choć przecież wiemy, że istnieje – kiedy dotyka nas bezpośrednio, zawsze zaskakuje. Jak to? – myślimy – dlaczego ja? Często nie widzimy własnego udziału w tym, co się nam przydarzyło (choć nie zawsze on jest tak jednoznaczny). Zdrada odbiera nam więc coś bezpowrotnie.


Mówisz o własnym udziale. W cudzej zdradzie? To łatwe usprawiedliwienie nielojalności. Zdradziłem, zdradziłam, ale to nie moja wina. To odpowiedź na to, czego doświadczam od partnera. Przypomina teksty żonatych podrywaczy: ona mnie już nie kocha, w ogóle ze sobą nie sypiamy. Najczęściej to nieprawda...
Nie chodzi mi o udział w samym akcie zdrady – bo tu decyzję podejmuje ktoś, kto jej dokonuje. To jest jasne i jednoznaczne. I za tę decyzję ta osoba bierze (a w każdym razie powinna wziąć) pełną odpowiedzialność. Myślę o kontekście, czyli o tym, co do tej zdrady doprowadziło. Bo niezależnie od tego, co dalej się zdarzy – czy odejdziemy, trzaskając drzwiami, czy postanowimy przeczekać, czy będziemy walczyć o związek i o partnera – dobrze jest wiedzieć, co takiego działo się w naszym życiu, że partner taką właśnie decyzję podjął. Czy coś od nas zależało? Miałam, miałem na to jakiś wpływ? Nadmiar refleksji nikomu nie zaszkodzi. Oczywiście to sprawa bardzo subtelna, bo wiele osób, które zostały na zdradzie przyłapane, usiłuje przekonać partnera, że tak naprawdę to on tu jest winny – kobieta często słyszy, że się zaniedbała (lub za dużo na siebie wydaje), że nie widzi świata poza dzieckiem (lub że jest fatalną matką), że jest zimna i oschła (albo emocjonalna i histeryczna).
Zdradzony mężczyzna dowie się zaś, że poświęca się tylko pracy (lub za mało zarabia), że utył (lub wciąż biega na siłownię) i że interesuje się tylko piłką nożną (albo że jest nudny, a życie z nim jałowe). Takie oskarżanie to często sposób na zagłuszanie głosu własnego sumienia, które daje nam znać, że jesteśmy nie w porządku. Związek jednak można porównać do ogrodu, który – żeby nas cieszył i owocował – musi być zadbany. A do tego potrzeba starań z obu stron. I nie da się tu wynająć ogrodnika.


Trudno zrozumieć, dlaczego partner zdradził, ale rzeczywiście w tej sytuacji dobrze jest pomyśleć o jakości naszego związku. Bez szukania winy i oskarżania się wzajemnie, zastanowić się, czy może coś zaniedbaliśmy, może przygniotła nas rutyna, brak starań o bliską relację. Myślę, że doświadczenie zdrady również dlatego jest tak trudne, że stawia nas przed decyzją: zakończyć związek, wybaczyć i pozostać razem, czy zacisnąć zęby i udawać, że nic się nie stało... To decyzja, której skutki mocno wpłyną na nasze życie.
Możliwości jest kilka. Możemy oczywiście (tak często robią ludzie młodzi, których "staż" w związku jest krótki) po prostu zamknąć tę relację. Spakować partnerowi (lub sobie) walizki i wyjść ze związku tak, jak się wychodzi z domu, do którego już nigdy nie wrócimy. Kiedy związek trwa dłużej, kiedy mamy już pewien dorobek – dzieci, wspólnych przyjaciół, mieszkanie, wspólną przeszłość i wspomnienia (czasami też wspólne marzenia) – taką radykalną decyzję dużo trudniej podjąć. Tracimy bowiem wtedy o wiele więcej niż tylko zaufanie do bliskiej osoby. W takiej sytuacji pozostają nam, z grubsza ujmując, dwie strategie. Możemy udawać, że nic się nie stało, wziąć na przeczekanie, uznać, że ta druga strona "musi się wyszumieć, a jak ochłonie, to wróci".
Za tym sposobem myślenia kryje się postawa protekcjonalna wobec partnera – jak dziecka wobec rodzica. To wtedy zdarza się, że zdradzona kobieta lub mężczyzna wysłuchują zwierzeń partnera na temat tamtej miłości, bywają doradcami w rozstaniu ("nawet nie wiesz, jak mi trudno z tego zrezygnować") lub pomagają rozwiązywać nie swoje konflikty ("ona mi mówi, że od niego nie odejdzie, to jak ja mam podjąć sam decyzję..."). Powoli romans staje się elementem naszego małżeńskiego życia, a trójkąt, o jakim jeszcze do niedawna nie mieliśmy pojęcia, na dobre usadza się w naszym życiu. Nie bez powodu małżeńscy terapeuci mawiają, że trójkąt to figura bardzo stabilna i niełatwo ją wywrócić...


Wydaje mi się, że to rozwiązanie może uratować związek, ale niszczy nas samych, nasze poczucie wartości. Jest dwuznaczne moralnie. Jeśli zależy nam na związku, może lepiej podjąć otwartą walkę? Doprowadzić do konfrontacji? Postawić sprawy na ostrzu noża? Rozwiązanie typu: ja albo ona/on! Czy to, że wyjdziemy z tej sytuacji z godnością, nie poprawi nam samopoczucia?
To zależy, co jest naszym celem. Bywa, że zdradzony człowiek ostrze swojej furii kieruje przede wszystkim przeciwko temu trzeciemu. Zaczyna nękać kochankę lub kochanka, tropi, nachodzi w pracy, wysyła listy, wynajmuje detektywa. To jest sposób rozładowania wściekłości, który jednocześnie w jakiś sposób "chroni" naszego partnera, na którego – paradoksalnie – znacznie trudniej się złościć. Trudniej – bo jest nasz, my go wybraliśmy. Dopuszczenie do świadomości, że może wybraliśmy niezbyt fortunnie, kładzie się jakimś cieniem także na myśleniu o sobie: "Gdzie ja miałam oczy, przecież od dawna wysyłał mi sygnały, że nie ma zamiłowania do monogamii...". Łatwiej więc całe zło zlokalizować w kimś obcym, w intruzie, który nieproszony wtargnął w nasze życie.
Ale umieszczając całą winę w kochance lub kochanku, ulegamy iluzji, że nasz partner nie miał w tej sytuacji swojego udziału. A przecież, żeby mogło dojść do intymnego spotkania dwóch osób, potrzebna jest obopólna chęć i zgoda. Możemy też walczyć z partnerem – postawić sprawę na ostrzu noża, żądać natychmiastowego zerwania romansu, szantażować. Ale czy chodzi o to, by drugi człowiek był z nami na mocy wymuszenia? Taka strategia doprowadza często do pozornego ładu. Partner wraca, ale jedynie zewnętrznie. Dla świętego spokoju. Wtedy po krótszym lub dłuższym czasie grozi nam recydywa.


Czy można przeżyć zdradę i być dalej razem? Może już zawsze w takim związku będzie czegoś brakować? Może nigdy nie uda się odbudować zaufania? Warto dobrze wyważyć wszystkie za i przeciw. Bo zarówno życie pod ciągłą kontrolą, jak i życie "kontrolera" nie jest przyjemne. I jeśli związku nie zabije sama zdrada, to może zniszczyć go krajobraz po zdradzie.
Sądzę, że konstruktywna tu będzie trzecia droga. Trudna, bo wymagająca od obu stron ogromnego wysiłku. Trzeba bowiem – mimo że zalewają nas intensywne emocje – zacząć myśleć. I starać się pomyśleć w miarę jasno, czy chcemy być dalej z tym człowiekiem. Tym razem to nie będzie już taki wybór jak na początku naszej drogi, kiedy pod wpływem zakochania sądzimy, że miłość wszystko przezwycięży. Zdrada pozbawia nas złudzenia, że miłość jest cudowną tarczą, która w magiczny sposób nas ochroni. Jesteśmy częścią natury, a w jej interesie jest, żebyśmy się rozmnażali. Wierność jest więc wynalazkiem kultury. Ludzie umawiają się ze sobą (choć przecież nie we wszystkich kulturach tak samo), że nie będą siebie zdradzać, ale aby tego słowa dotrzymać, muszą czasem przezwyciężać wewnętrzne pokusy. A to wymaga wysiłku.
I tu warto rozważyć różne rzeczy: jakim człowiekiem jest partner – czy mogliśmy do tej pory na nim polegać, czy w ważnych chwilach nie zawiódł, czy mamy z nim wspólne wartości, zainteresowania, marzenia; jakim jest rodzicem dla naszych dzieci; jak się w tej trudnej sytuacji zachowuje – czy bierze odpowiedzialność, czy wyraża skruchę, czy chce naprawić szkody. Warto też przyjrzeć się temu, co naprawdę się wydarzyło, jaki jest styl tej zdrady. Czy to jednorazowy impulsywny skok w bok, czy równolegle prowadzone drugie życie, czy partner złamał wszelkie reguły, czy mimo porywu uczuć zachował jakiś wzgląd na nas. Jeśli zdecydujemy się na danie związkowi "drugiej szansy" – powrót zaufania będzie trwał i czas pokaże, czy nasza decyzja była słuszna. Nie chodzi o to, by drugą stronę kontrolować, ale też nie ma co udawać, że nic się nie stało.
Jeśli zdradzający zakończył romans i deklaruje powrót, nie powinien mieć nic przeciwko temu, że będziemy do niego dzwonić częściej lub wpadać do pracy. Nasza nieufność jest przecież uzasadniona, a on/ona powinien zrobić wszystko – jeśli chce z nami być – by zaufanie odbudować. To jest proces, który zazwyczaj trwa i początkowo obie strony mogą być obolałe, ale powrót do bliskości i zażyłości jest możliwy. Znam małżeństwa, którym to się udało.


Zastanówmy się, jak czuje się osoba zdradzająca. Jej poczucie winy może być równie destrukcyjne dla związku jak żal osoby zdradzonej. Podobno najtrudniej wybacza się krzywdy, które sami wyrządziliśmy.
Poczucie winy nie jest dobrym doradcą. Paradoksalnie – obwiniając się, koncentrujemy uwagę na sobie, a nie na partnerze czy związku. Skupianie się na swojej winie jest przejawem egocentryzmu i formą uciekania od tego, co jest realnie do zrobienia tu i teraz. Ludzie dość dawno wymyślili procedurę postępowania w sytuacji, gdy ktoś kogoś skrzywdzi. Trzeba się do błędu przyznać, a następnie spróbować go naprawić. Jeśli nasze wyrzuty sumienia są tak ogromne, że przesłaniają to, co mamy do zrobienia, warto porozmawiać na ten temat z psychoterapeutą. Między innymi po to, by nie zatruwać swoją winą życia już i tak zmęczonemu partnerowi. Zdrada pozbawia nas złudzeń co do tego, czym jest idealna miłość, ale przede wszystkim co do tego, do czego my sami jesteśmy zdolni i gotowi. Z tego punktu widzenia krajobraz po zdradzie bywa może mniej romantyczny, ale za to ciekawszy. Jest po prostu bardziej realistyczny.


Rana jest wciąż bolesna (Anna, lat 45, nauczycielka, matka trójki dzieci)
Zdrada? Myślałam, że mnie nigdy nie dotknie. Mój mąż zapewniał, że brzydzi się zdradą. Był obsesyjnie o mnie zazdrosny. Ciągle mnie kontrolował. Musiałam się rozliczać z każdej minuty spędzonej poza domem. Było mi z tym ciężko, ale sądziłam, że jest we mnie tak bardzo zakochany. O tym, że mnie zdradza, dowiedziałam się przypadkiem. Od koleżanki, która powiedziała mi prosto w twarz – "Nie rozumiem, jak możesz zapraszać Hankę! Ona romansuje z twoim mężem!". Roześmiałam się, bo wiedziałam, że Krzysztof z Hanką nadają na tych samych falach, ale romans? Nie, w to nie mogłam uwierzyć.
Jednak ziarno nieufności zostało zasiane i podczas moich imienin zaczęłam się im przyglądać. Byli tak sobą pochłonięci, że niczego nie zauważyli. Wyszli do ogrodu, też się wymknęłam. Ujrzałam ich w niedwuznacznej sytuacji. Zamurowało mnie, coś krzyczałam... Kiedy oprzytomniałam, poczułam strach. Co teraz będzie? Jak mam żyć? Jak oni mogli mi to zrobić? Przecież Hanka była moją przyjaciółką. Zwierzałam się jej, również z naszych małżeńskich kłopotów. Jak mogła? Tego do dziś nie mogę pojąć i nie jestem w stanie jej wybaczyć. Krzysztof przepraszał, przynosił kwiaty i przekonywał, że to była jednorazowa chwila zapomnienia.
Nie ufałam mu. Dowiedziałam się, że wielu naszych znajomych o tym romansie wiedziało. A ja żyłam w nieświadomości. Zostałam sama. Nie wiem, czy w ogóle poradziłabym sobie, gdybym nie miała dzieci. Ale musiałam je chronić, dbać o nie, pracować dla nich. Żyłam jak w kieracie. Skupiałam się tylko na tym, co danego dnia powinnam zrobić. Chodziły mi po głowie myśli o zemście, o przygodnym seksie, żeby sprawdzić, czy się jeszcze komuś mogę podobać. Na to zabrakło mi odwagi. Wspierali mnie przyjaciele. Jestem wierząca, więc ważna była dla mnie modlitwa. Po pół roku, w dzień Wigilii, pojawił się Krzysztof z górą prezentów. Błagał, żebym mu dała jeszcze jedną szansę. Biłam się z myślami, ale w Wigilię nie wyrzuca się za drzwi nikogo.
Miał zostać tylko na święta, ale... jest dobrym ojcem. Z Magdą rysuje, z Julkiem buduje domy z klocków, a z Bartkiem chodzą na mecze. Dzieci chciały, by został. Idealny tata, a mąż...? Potrafi być uroczy. Obsypuje mnie podarunkami, lubię z nim rozmawiać, bo jest inteligentny, ma olbrzymią wiedzę. Jednak nic już nie jest tak jak kiedyś... Nie wierzę mu. Teraz ja ciągle go kontroluję, sprawdzam, do kogo pisze SMS-y, przetrząsam kieszenie. Czy to minie? Nie wiem. Chodzimy na terapię, ale na razie rana jest wciąż bolesna.


Sprawdzam, czy jestem atrakcyjna (Joanna, lat 36, menedżer, jedno dziecko)
Mojego męża zdradziłam kilka razy. Dlaczego? Żeby sobie udowodnić, że nadal jestem atrakcyjna, że mogę się podobać, że ktoś o mnie zabiega, akceptuje mnie taką, jaka jestem. Uwielbiam ten moment, gdy mężczyzna pożera mnie wzrokiem, kiedy czuję, że mnie pragnie. Wtedy zazwyczaj rozpoczynam "grę", bo lubię flirtować. Nie zawsze lądujemy w łóżku, ale czasem to się zdarza. Większość tych "skoków w bok" trwała krótko. Raz tylko pozwoliłam sobie na romans, który trwał prawie rok. To było istne szaleństwo. Zakochałam się, ale gdy zauważyłam, że przestaję panować nad tym uczuciem, zakończyłam związek. Cierpiałam ja, cierpiał mój kochanek. Nie wiem, czy mój mąż mnie zdradził… Był czas, kiedy tego chciałam. To wtedy, gdy z innym mężczyzną przeżyłam taką bliskość – duchową i fizyczną – jakiej nigdy przedtem nie doświadczyłam. Ale przyszło opamiętanie, zrozumiałam, że najważniejsza jest dla mnie rodzina. Nie chciałam stracić wspólnych wyjazdów na wakacje, niedzielnych poranków, wypadów do kina i wielu drobiazgów, z których składa się codzienność.
Gdyby moje małżeństwo rozpadło się, córka nigdy by mi tego nie wybaczyła. Tata jest dla niej najważniejszym mężczyzną. Z mężem łączy mnie dziecko. Skończyliśmy te same studia. Dorobiliśmy się domu i samochodu, mamy psa. Wiele nas jednak dzieli. On jest zamkniętym w sobie, duszącym uczucia introwertykiem, nie ma instynktu opiekuńczego, a ja jestem otwarta, ciekawa świata i ludzi. Niedawno obchodziliśmy 15. rocznicę ślubu. Pobraliśmy się z wielkiej miłości jeszcze na studiach. Ale też dlatego, że byłam w ciąży. Kiedy urodziłam córkę, mieliśmy coraz mniej czasu dla siebie. Nie potrafiliśmy zadbać o nasze uczucie. Zdrada to dreszcz emocji, ale to też kłamstwa, manipulacja, wyrzuty sumienia, lęk przed tym, że się wyda. I cierpienie rozstania. Dziś wprawdzie niczego nie żałuję, ale jestem już bardziej dojrzała. Flirt, wymiana spojrzeń, taniec – to sprawdzian atrakcyjności. Z romansami jednak koniec.


Tekst pochodzi ze strony: www.zdrowie.onet.pl


Dodaj komentarz


Aby dodać komentarz musisz się zalogować.

Help Line

Nie wiesz jak korzystać z psychospace?
Skontaktuj się z nami.